Działy: AktualnościGmina HajnówkaWydarzenia kulturalneCerkiewSport i rekreacjaLudzieBranżowy spis firmInformacja turystycznaGiełdaOgłoszeniaChatHumorInformacja osiedlowaSzkołyKursy walutRepertuar kinaRozkład jazdy PKP/PKSPogoda Inne: Internetowy lekarz radziWłasne domenySoft-ASKup komputer!A może na raty?Zrób sobie remontWspółpracaArchiwum aktualnościHajnówka w obiektywieHAJNOWSKA IZBA GOSPODARCZA SPRZEDAM GARAŻINTERNETOWY LEKARZ OSTRZEGA

Wystawa fotografii Henryka Rogozińskiego

Wersja_do_drukuZapisz_stronę

Hajnowski Dom Kultury zaprasza na wystawę fotografii Henryka Rogozińskiego. W sali na piętrze, można obejrzeć 46 czarno – białych prac upamiętniających drzewa, stare chaty, cerkiewki bieszczadzkie.

 
Henryk Rogoziński

W czasie wernisażu można było wygrać jedną z prac mistrza Rogozińskiego. Szczęście uśmiechnęło się do Zenaidy Jakuć, kuratora wystawy.
Spotkanie autorskie z gośćmi wystawy odbyło się tuż po wernisażu (26 stycznia 2002r.), w sali kominkowej przeniesionego do Hajnówki i odremontowanego budyneczku przystanku kolejowego Czerlonka. Mieści się tam Centrum Promocji Regionu. Budynek jest własnością Fundacji Muzyka Cerkiewna


Henryk Rogoziński

Henryk Rogoziński pochodzi z Grabowca koło Bielska Podlaskiego. Od wielu lat jest członkiem Związku Artystów Fotografików. Uprawia nietypowe, bardzo pracochłonne techniki obróbki fotograficznej. Jego prace w niczym nie przypominają zwykłych zdjęć.  Artysta wykorzystuje światłoczułość substancji organicznych, takich jak żelatyna, białko kurze, guma arabska. – Jestem czarno–biały - mówi Henryk Rogoziński. – Szukam miejsc, gdzie nie ma zbyt wielu barw. Dopiero wtedy zauważa się kolor, gdy go nie ma. Każda moja praca jest oryginalna i wymaga wieloetapowości. W grafice jest tak, że pierwsze egzemplarze są bardziej wartościowe, bo matryca nie jest zbita. U mnie jest odwrotnie. Im dłużej nad zdjęciem pracuję, tym bardziej je doszlifowuję. Końcowa praca jest najlepsza, bo najlepiej dopracowana. Nad negatywami pracuję dwa razy do roku, więc jestem takim fotografem niedzielnym. Najpierw konieczne jest przekopiowanie negatyw-pozytyw, bo żeby ziarno wytworzyć ze srebra, które jest w papierach i negatywach. To już kwestia naświetlania. Tak ciemny robi się negatyw, że pod światło widać tylko obraz, w ogóle nie ma kontrastu. Naświetlania muszą być tysiąc razy większe niż normalnego negatywu. Trwa to piętnaście, dwadzieścia minut, przy pełnym otworze. Rocznie, przybywa mi dziesięć-dwadzieścia prac.


Henryk Rogoziński z Mikołajem Buszko, dyrektorem Hajnowskiego Domu Kultury, podczas otwarcia wystawy.

Na spotkanie z mieszkańcami Hajnówki, Henryk Rogoziński przyjechał z przyjacielem, również fografem-pasjonatem, Pawłem Świątkiewiczem, na co dzień mikrochirurgiem. – Henryk Rogoziński ma wiele ksywek. Mówią na niego „Profesor”, bo prowadzi zajęcia w szkole i edukuje młodzież. Mówią też „Dziadek”, bo uczy już kolejne pokolenie – opowiada Paweł Świątkiewicz. - Jest też instruktorem, a z wykształcenia poligrafem, czyli drukarzem. Przygodę z fotografią rozpoczął na porcelanowych talerzach swojej cioci. Właśnie na talerzach wywoływał zdjęcia. Porcelana niestety pękała lub zmieniała kolor. Pierwszy aparat fotograficzny zrobił sam.

– Ucząc się w LO im. Tadeusza Kościuszki w Bielsku Podlaskim, mieszkałem u cioci, która była krawcową, w związku z czym prenumerowała „Przyjaciółkę”. Tam były „Wykroje i wzory”, a także dział „Chcę wszystko zrobić” – mówi Henryk Rogoziński. - Nie mam siostry, więc robiłem sobie eleganckie czapeczki, takie wiązane na szydełku. Interesowałem się także szkółkarstwem, miałem pasiekę w Grabowcu. Robiłem raczej wszystko. Pasjonowałem się radiotechniką i fotografią. Właśnie w „Przyjaciółce” było pokazane jak zrobić aparat fotograficzny. Tak zaczęła się moja przygoda z gotografowaniem. Studia rozpocząłem w 1953 roku. Dostałem się Wojskową Akademię Techniczną, na radiolokację, czyli to, co mnie pasjonowało. Myślałem, że jak już jestem w Warszawie, to będą mógł spotykać się z kumplami, a tu guzik. Skorzystałem z okazji, że można było się przenieść na inną uczelnię. Wybrałem więc astronomię, bo tego jeszcze nie znałem. Na zajęcia chodziłem chyba przez miesiąc. Wszystko się podobało poza niewielką ilością studentów. Przeraziłem się, że codziennie będą mnie pytać. W końcu poszedłem tam, gdzie było najwięcej kumpli z mojej budy, na meliorację SGGW w Warszawie. Tam, z Jurkiem Mrożewskim, byłem współzałożycielem pierwszej spółdzielni studenckiej. Potem już nigdy nie miałem aż tylu pieniędzy, co w czasach studenckich. Papier kosztował siedem groszy, a myśmy brali po stołówce za każdą pocztówkę z aktorką. Taka była moda w tym czasie i takie przebicie. Ponieważ byłem też sportowcem, długodystansowcem. W związku z tym rozchorowałem się na zatoki i studia przerwałem na piątym roku. Próbowałem dostać się na operatora, do Łodzi, ale koledzy wybili mi to z głowy. Poszedłem do pracy w drukarni Domu Słowa Polskiego. Potem dziesięć lat przepracowałem w Białostockich Zakładach Graficznych jako chemigraf. Z tej racji powstały we mnie ciągotki graficzne. Skończyłem pomaturalne studium poligraficzne i chcieli mnie zrobić jakimś kierownikiem, dlatego odszedłem z pracy. W Wojewódzkim Domu Kultury, przez dziesięć lat prowadziłem kursy z zakresu fotografii. Od 1976 pracowałem sam dla siebie. Miałem dobre, duże zlecenia z Warszawy, Gdańska, Poznania i Białegostoku. Roboty było dużo, ale za takie zlecenie mogłem kupić „malucha

Krystyna Kościewicz


Spotkanie w sali kominkowej.


Paweł Świątkiewicz, również fotograf-pasjonat.


Jedna z fotografii Henryka Rogozińskiego.


Wersja_do_drukuZapisz_stronę